Podaj Wiosło 2015 – dzień pierwszy

11084283_1174332869320942_2158313016452463745_nŚwięto impro po raz czwarty zawitało w Trójmieście. Gdański Festiwal „Podaj Wiosło” ściągnął do Teatru Miniatura najlepszych improwizatorów w Polsce oraz – rzecz jasna – najlepszą i najbardziej inspirującą publikę. To było mocne wejście – już pierwszego dnia, w piątek, było dużo wrażeń, śmichów-chichów i sytuacji, których nawet sami wykonawcy nie potrafili ogarnąć…


Wieczór poprowadzili starzy wyjadacze sceny impro – Paweł Kukla i Łukasz Ławniczak. Po błyskotliwym przywitaniu i rytualnym podaniu wiosła na scenę przez publiczność rozpoczął się pierwszy występ. Zaszczyt inauguracji przypadł zielonogórskiej ekipie Siedem Razy Jeden w składzie: Katarzyna Piasecka, Wojtek Kamiński, Janusz Pietruszka i Przemek „Sasza” Żejmo. Była to długa forma pod tytułem „Po drugiej stronie”. Przed występem grupa ustaliła z publicznością, że każda ze scenek będzie się kończyć tak bardzo kochanym przez nas stwierdzeniem „Także tego…”.
Nie minęła chwila, a już przenieśliśmy się do Nowego Jorku, a dokładnie do jednej z ikon tego miasta, czyli Madison Square Garden. Ekipa Siedem Razy Jeden wykazała się nienagannym ingliszem, który w miarę upływu czasu ustępował poliszowi. Podczas multimedialnej wycieczki przez MSG nie mogło obyć się bez tradycyjnego polskiego „Jak się miewać?”.
Kolejna scena przeniosła nas na lokalne podwórko, a dokładnie do Karczmy Rzym. Lokalność objawiła się także tym, że pierwsze kilka zdań dotyczyło wódki. Inspekcja pani z Sanepidu rzuciła nam nowe światło na polską branżę „gastro” – w cenie okazała się wszechobecna neutralność smaków i zapachów. Dzięki zielonogórskim improwizatorom wiemy też, że najlepszym sekretnym daniem na udany wieczór jest „kotlet w podwójnej panierce z ziemniakiem”.
Sposób na udaną randkę? Po co iść do teatru, kiedy aktora możemy spotkać w tęczowym prosektorium. Randka okazała się jednak niewypałem, co bez wątpienia spodobało się granemu przez Wojtka szefowi tego specyficznego zakładu, który po cichu podkochiwał się w młodym studencie pracującym „za 300 złotych na ćwierć etatu”.
Z prosektorium teleportowaliśmy się do oceanarium. A tam ponownie motyw dorabiającego studenta. Po tym jak Sasza dostał w łeb wiosłem usłyszeliśmy historię jego dorywczej pracy w przebraniu rekina – wszyscy miłośnicy morskich zwierząt musieli być zbulwersowani tym, że w oceanarium tak naprawdę pracują przebrani za ryby ludzie. Intrygująca historia o stracie języka „Młodego” (klawiszowca grupy), który od gimnazjum dorabiał jako delfin, zamknęła tę scenkę.
Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy wspólnie z Siedem Razy Jeden był zagajnik. Zwierzęta spotkane przez małżeństwo podczas grzybobrania okazały się… grzybiarzami załatwiającymi swoje potrzeby. Jednym z nich był Krzysztof Gąsowski – ten z „Jaka to melodia?”, który z okazji 15-stej rocznicy ślubu zaśpiewał parce przepiękną balladę miłosną o kamieniu nerkowym.

Kolejnymi wykonawcami wieczoru był trójmiejski Improskład w składzie: Karolina Rucińska, Małgorzata Tremiszewska, Szymon Jachimek, Kacper Ruciński oraz Wojciech „Termos” Tremiszewski. Towarzyszył im czteroosobowy zespół muzyczny iBand. Występ zatytułowany „Krótko, szybko i antenat” był zbiorem krótkich form, który nawet na moment nie dawał publiczności złapać oddechu.
Zaczął znany ze swojego niebywałego wokalnego talentu Szymon Jachimek krótką piosenką o palarni. Motyw ten pozostał z nami w trakcie następnej scenki. Małgorzata Tremiszewska musiała się sporo napocić by zanimować Szymona, Termosa i wybraną z publiczności Zuzannę w grze „Trupy”. W palarni doszło do kłótni nieżyjących aktorów o Szymona, który za życia był „bogiem jarania”. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że w swoim prawdziwym bez-impro-nudnym życiu Szymon jest wielkim przeciwnikiem tytoniu i w życiu zjarał maksymalnie jedną fajkę.
Kolejną forma była popularna „Randka w ciemno”. Karolina wybierała spośród trzech równie fascynujących kandydatów-kandydatek. Kacper był znanym każdemu Polakowi generałem Bożygniewskim. Jednak nie tylko wojna mu w głowie – zajmował się bowiem oddzielaniem ziemniaków od stonek. Szymon był kręgosłupem moralnym, a Termos śpiewaczką operową, której chce się sikać. Z tą ostatnią postacią Karolina miała największy problem – jej pierwszym typem dla odgrywanej przez Termosa postaci była „upadła transseksualna diwa”.
Następnie przeszliśmy do scenek z kapelusza, a tam między innymi szokujące wyznanie Smerfetki oraz prognoza pogody w Młodzież TV i Senior TV.
Jednym z najjaśniejszych punktów występu gospodarzy festiwalu była gra „alfabet”. Uczestniczący w niej Szymon i Termos musieli zaczynać swoje kwestie od kolejnych liter alfabetu, choć bardzo sprawnie żonglował tym dyrygujący nimi Kacper. Z wielką przyjemnością publiczność obserwowała jak panowie komentują wybuch wulkanu w Pompejach kłócąc się przy tym o różne rzeczy. Przy czym okazało się, że słowo „chcę” całe życie nas oszukiwało, bo tak naprawdę jest „hcę”.
Telenowela. Nie oszukujcie – każdy z was kiedyś jakąś oglądał. A jeśli nie, to występ Improskładu przybliżył nieco charakterystykę oper mydlanych. W pokoju, przez którego okno widać było Titanica, wiele się działo. Kacper szybko pocieszył Karolinę, która ubolewała nad brakiem biletu na statek – „przecież i tak nie dopłynie do celu”. Publiczności bardzo spodobał się motyw rozbieranych zdjęć męża Magdaleny (w tej roli Szymon). No i hiacynty w pokoju miały neutralny zapach.
Po telenoweli przyszedł czas na wiadomości. Reporterka Karolina relacjonowała nam wydarzenie, które wyświetlane było za jej plecami i którego – rzecz jasna – nie widziała. A nie było to byle co, bo trzej faceci tańczący w szpilkach. Dużo kocich ruchów. Mrau.
Swoistą klamrą występu Improskładu był kolejny popis wokalny Szymona. Tym razem mieliśmy do czynienia z trzema różnymi piosenkami o popularnym w Polsce zawodzie myszołapa. „Catch me myszołapie” w wersji country oraz „Pokaż swoją myszkę” w aranżacji disco polo mają zadatki na przeboje tego lata, jednak prawdziwym hitem była heavy-metalowa piosenka „Złóż mnie w ofierze”. Muzycy spisali się genialnie. Szacun.

Po krótkiej przerwie przyszedł czas na „Rozpiździel Śliwki lub jak kto woli Dyktaturka„, czyli szoł, w którym właściwie wszystko działo się pod dyktando Kuby Śliwińskiego. Śliwie poddawali się Aneta Stokes i Michał „Jeffrey” Ociepa (Ad Hoc), Przemek „Sasza” Żejmo i „Znany” Wojtek Kamiński (Siedem Razy Jeden), Karolina i Kacper Rucińscy (Improskład), Juliusz Roszczyk i Jacek Mikulski (Impy) oraz Anna Wojtkowiak-Williams (Improkracja). Totalna rozpierducha w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ani chwili wytchnienia. Nawet dla Karola Bulskiego (Ad Hoc), który co chwilę dostawał opieprz od Śliwy za to, że nie gra a ” się opier*ala”. No i te świetlne efekty specjalne…
A wszystko zaczęło się dokładnie tak, jak chciałaby tego matka natura. Embrion kartofla (Sasza). Gdy już nieco podrósł okazało się, że na polu towarzyszy mu burak (Jeffrey). Przez chwilę pozostaliśmy w klimacie rolniczym, a na scenie po raz kolejny tego wieczoru widzieliśmy stonkę. Z pola bardzo sprawnie przeszliśmy do urzędu patentowego. A tam PETENT chcący załatwić sobie PATENT na… wiatrak doodbytniczy. Taki tam gadżecik. I pantomima Ani… Trzeba było widzieć to na własne oczy.
Znowu zoom. Mikroświat, a w nim symbioza bakterii, która później zamieniła się w symbiozę drzewa i grzyba. Choć tak naprawdę to nie symbioza, ale jak każdy dobrze wie – z improwizatorami się nie dyskutuje. Rozdzielić ich chcieli grzybiarze. Tak, motyw grzybobrania był pierwszego dnia „Wiosła” niezwykle popularny.
Jak się później okazało jeden z nich nie wiedział jak się to robi… Podczas jego pierwszego razu z Anią dostawał cenne wskazówki od Kacpra i Saszy, którzy spełniali się w roli instruktorów seksu.
Grzybiarze wrócili na leśny szlak. By przejść dalej musieli rozśmieszyć smutnego pingwina (Kacper). Wybrali łaskotki, z czego potem pingwin spowiadał się w gabinecie psychologa z zespołem obcej ręki.
Z gabinetu przenieśliśmy się do zaczarowanego lasu, gdzie Kacper i Karolina podróżowali na koniach do siostry Karoliny, którą był przebywający wśród publiczności na balkonie Termos. Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że Termos był księżniczką. Po drodze było podkuwanie koni, piosenka księżniczki „Wyszpachluj mnie murarzu”, sceny z życia braci (Kacper i Sasza). Drodze, która prowadziła do wspomnianego wcześniej wiatraka doodbytniczego. Dżefrej miał operację usuwania go z wiadomego miejsca. Nie używał zgodnie z instrukcją.
Klamrą zamykającą występ była sklepowa lada, na której wylądowali burak i ziemniak. Bezwzględna klientka kupiła ich obu. Koniec i dużo braw. Należało się, bo ekipa narobiła dużo szumu i dużo śmiechu. A przecież o to w tym wszystkim chodzi.

Na najwytrwalszych fanów impro czekała nagroda. W klubie festiwalowym „Dobry Wieczór” Wojtek Tremiszewski oraz jego goście przedstawili spektakl „Zgon 2 czyli Strzelby Czechowa„. Całość polegała na tym, że siedem par po kolei pokazywało historię (każda kontynuowała po swoich poprzednikach), a ostatnia z nich miała za zadanie zginąć od strzelb Czechowa. Były to elementy występu każdej z par, które wybierała publiczność. Trochę skomplikowane – to prawda. Wiele osób dopiero podczas występu obczaiła o co kaman.
Jedna z osób w parze była fotografem. Oczywiście nie takim zwykłym fotografem – publiczność podpowiedziała, że ten akurat specjalizuje się w robieniu zdjęć metalowych rzeczy w sepii. Drugim kluczowym elementem historii była sugestia fejsbukowa – uwaga, uwaga – bozon Higgsa. Nie zamierzamy tutaj tłumaczyć co to. Ciekawskich odsyłamy do Wikipedii… albo nie, niech będzie. W skrócie to cząsteczka, która może zniszczyć świat, czy jakoś tak…
No więc na scenie spotkaliśmy małżeństwo. On fotograf, ona kobieta. Kobieta, która zorientowała się, że w szafce, w słoiku z „tomatami” znajduje się bozon Higgsa. Od tej pory życie małżeństwa nie jest już takie same. Próbują dowiedzieć się jak to się stało, że cząsteczka znalazła się w weku. W tym celu robią mu zdjęcia, które wrzucają do internetu, potem je usuwają (wraz z całym internetem). Następnie jadą do Pudliszek do Włocławka by dowiedzieć się jak to możliwe, że w tomatach jest bozon Higgsa. Po drodze wydarza się oczywiście wiele rzeczy, zakrzywienie czasoprzestrzeni itd. itp. Dlatego też na ostatnią parę czekało bardzo trudne zadanie. Karolina Rucińska i Magdalena „Wiola” Walaszczyk musiały sprawić, że zakończą występ spektakularną śmiercią od siedmiu strzelb Czechowa, którymi były: zmiana nazwiska, kakao, szybki lodzik od cygana, królik, pancerza, wspomnienia i pierścień. Tak, to wszystko naraz. Jak to czasem się zdarza w impro, nie do końca się udało wykorzystać wszystkie strzelby, ale trzeba pochwalić grających za odwagę w ogrywaniu trudnego formatu.

Relacjonował: Marek Bugdoł

5 Komentarzy

  1. Ver

    Z tego co mi wiadomo, jedyną w historii Wiosła Grupą Gospodarzy była grupa (W Gorącej Wodzie) Kompani. Czy się mylę? :p

  2. Stanisław

    Świetny festiwal 😉 brawa dla organizatorów 😉 Bardzo dobry artykuł ;D

  3. Tadek (Post autora)

    Faktycznie, kajam się. Zastosowany został skrót myślowy w postaci jednego z dyrektorów festiwalu występującego w ramach Improskładu. Poprawiam 🙂

  4. ula

    A ja dodałabym, że klub festiwalowy ma nazwę „Dobry Wieczór”

  5. Pingback: Podaj Wiosło 2015 - relacja z festiwalu impro | Impro Life

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *