Podaj Wiosło 2015 – dzień drugi

11084283_1174332869320942_2158313016452463745_nNo i w końcu rywalizacja. Drugi dzień IV Gdańskiego Festiwalu Impro, czyli ImproIgrzyska. Do boju stanęły cztery grupy: Inicjatywa Sceniczna FRUUU z Zielonej Góry, Toruńska Grupa Improwizacji Teraz z Torunia, Grupa Impro To Mało Powiedziane z Opola oraz goście z dalekiego wschodu – Ż.B.I.K. z Białegostoku. Prowadzący tego dnia Kacper Ruciński zasugerował się propozycją publiki i kolejność występów została ustalona na podstawie wzrostu – od najmniejszego do największego. No to jedziemy!

Jako pierwsza wystąpiła ekipa z Zielonej Góry, czyli Inicjatywa Sceniczna FRUUU. Po szybkim rozdaniu publiczności przeszliśmy do rzeczy. A rozgrzali ją dobrze, ponieważ dzięki sugestiom widowni już po chwili mogliśmy oglądać spotkanie konkubiny i syna kanibala. Biorąc pod uwagę, że za moment dołączyła do nich wysmarowana smalcem sąsiadka – nie trzeba wyjaśniać, że działo się dużo. Improwizatorzy z FRUUU z pewnością zostaną zapamiętani z gry o nazwie „Kucharz”. A raczej z małego falstartu – przy wnoszeniu na scenę stołu, jajka spadły na nią i niewiele już z nich zostało. Z widowni dało się słyszeć pełne współczucia „uuuuu…” Tak czy inaczej kucharz pokazał klasę i to, że bez jajek – za to z dużą ilością mąki – da się dobrze gotować. Publiczność dała się porwać w świat kuchennych rewolucji. Dla każdej z grup uczestniczących w ImproIgrzyskach organizatorzy na koniec występu mieli zadanie specjalne. Goście z Zielonej Góry musieli pokazać jak efektownie oddzielić mak od popiołu. I zrobili to nie tylko efektownie, ale i efektywnie!

Jako druga swoje umiejętności przedstawiła grupa Teraz. Toruńska ekipę zapamiętamy na pewno dzięki grze „Reżyser” i wdzięcznemu tematowi przewodniemu – dzielenie przez zero. Dzięki lokowaniu produktu w scenkach zobaczyliśmy długopis Higgsa… ba, nawet kredę Higgsa! Nawiązali tym do wydarzeń poprzedniego dnia w klubie festiwalowym. Osoby, które widziały występ grupy na pewno na długo zapamiętają wejście nauczyciela w „stylu pijanego węża”, które w perfekcyjny sposób zakończyło najlepszą grę ekipy z Torunia. Po drodze do zadania specjalnego były jeszcze Trupy, a w nich homeopata, który stosuje przemoc… No nic, zdarzają się i tacy. Trzeba przyznać grupie z Torunia, że zadanie specjalne wyszło im bardzo dobrze, zwłaszcza, że mieli ukazać ludzkie dramaty w tematach: kara, rozkaz i niesubordynacja. Brzmi trudno, a weź to jeszcze pokaż…

Po nich na scenę skocznym krokiem weszła grupa To Mało Powiedziane z Opola. Po piosence na trzy głowy o kultowym, niezwykle bolesnym uderzeniu w szczepionkę odwiedziliśmy Saharę, gdzie szukaliśmy lasu, a także byliśmy na debacie z ministrem kiełbasy wyborczej. Z każdą kolejną grą grupa z Opola rozgrzewała się coraz bardziej, a końcówka w ich wykonaniu była kawałem dobrego impro. W rewolwerze kot przepraszał pchłę piosenką, pojawił się kok, który był taki trochę pneumo, no i reklama szamponu – a w roli głównej członek ekipy z „najbujniejszą”. Natężenie śmiechu i braw wskazywało, że tą formą Opolanie kupili serca gdańskiej widowni. Zadanie specjalne także wyszło im śpiewająco – chór złożony z dwóch ryb dał wokalny popis po tym, jak Mojżeszowi nie udało się ich upiec na płonącym krzewie.

Ostatni na arenie ImproIgrzysk pojawili się improwizatorzy z grupy Ż.B.I.K. Ci także otworzyli nam oczy na kwestie, o których do tej pory nie mieliśmy pojęcia. Na słabej sztuce w teatrze najlepiej poczytać „50 twarzy Greya”, a jedzenie może do nas przemówić nawet z toalety. Ekipa z Białegostoku rozkręciła srogą bibę, której tematem przewodnim była zębowa wróżka. Jak się później okazało – publika „Wiosła” zabawi się do wszystkiego: od bluesa, przez hip hop i muzykę ludową, po techno. Powiem więcej – bawiła się co najmniej tak samo dobrze, jak sami występujący. Wisienka na białostockim torcie? Dzień z życia karnisza. Krótki, ale za to jaki!

ImproIgrzyska rozgrzały do czerwoności publiczność zebraną w Teatrze Miniatura. Przerwa była potrzebna, a po niej kolejna dawka najlepszego polskiego impro. Wrocławska Improkracja w składzie Anna Wojtkowiak-Williams, Dobrosława Bela, Tomasz Marcinko, Mateusz Płocha, Mateusz Skulimowski i Michał Gruz. pokazała swoje możliwości w formie „Armando”. Poszczególni członkowie ekipy opowiadali nam swoje życiowe historie, które nie dość, że były podwalinami do późniejszych scenek, to jeszcze same w sobie spodobały się zebranym w Miniaturze fanom impro. Wszystko zaczęło się od słowa „kaloryfer”. Tylko impro pozwala płynnie przejść od kaloryfera do podglądania sąsiadki przez dwóch kuzynów, z czego jeden – co jest przecież oczywiste – trzymał drugiego za nogi wystawiając go za balkon. Jakby się tak zastanowić – faktycznie jest to najprostszy sposób. W kolejnej scence nieznośny syn pobił katechetkę, a bezstresowo wychowujący go rodzice nie dość, że nie ukarali go, to jeszcze samemu pozwolili mu pojechać ze szkoły do domu. Samochodem. Oczywiście pod wpływem alkoholu. Historia Anki o psie zainspirowała męską część Improkracji do odegrania sceny z wypożyczoną dziewczyną. Pomimo szczerych chęci ojca – można było odnieść wrażenie, że grany przez Tomka Marcinko chłopak bliższy był zaliczenia kelnera niż opłaconej dziewczyny. Publiczności, jak i improwizatorom z Dolnego Śląska bardzo przypadł do gustu motyw mycia rąk przez lekarzy przed operacją. A szczególnie moment „pierdnięcia” podczas mydlenia rąk. No przecież wiecie o co chodzi – kiedy macie końcówkę mydła w płynie i próbujecie ją wycisnąć… Przepiękny dźwięk. Rozśmieszał za każdym kolejnym razem, kiedy tylko się pojawił. Z Improkracją wybraliśmy się także do psychologa – tyle, że tam zamiast mydła była oliwka, a następnie na zakupy do kiosku. Na pewno zapamiętamy wysiłki klientów jak i pana w okienku. Trzeba się było porządnie schylić. A po restrukturyzacji i zmianach przeprowadzonych przez wrednego szefa klienci podchodzili do kiosku na leżąco. Bo niby dlaczego nie? Swoim występem Wrocławianie pokazali, że wciąż są w formie i że niejednokrotnie nas jeszcze zaskoczą. Brawo Improkracja!

W sobotni wieczór jako ostatnie wystąpiły w Miniaturze panie z grupy Histeria, czyli Karolina Rucińska, Małgorzata Różalska, Ewa Czernowicz i Magdalena Walaszczyk, wraz z paniami z innych grup impro, które gościły w Gdańsku – Kasia Piasecka, Anna Wojtkowiak Williams, Dobrosława Bela, Aneta Stokes, Małgorzata Tremiszewska, a także pierwiastek męski w postaci Alana Pakosza, Mateusza Płochy i Tomka Marcinko. Spektakl „Quazimoda” inspirowany był programem „Top Model”, jednak znacznie więcej mieliśmy tutaj elementów reality show, a czasem nawet dało się wyczuć klimat dobrej brazylijskiej telenoweli. Już same prezentacje uczestniczek, które były wcześniej przez panie nagrane, bardzo spodobały się publiczności. Dziewczyny miały przeróżne cechy: była ta wredna, ta zwykła ze wsi, ta biedna ze wsi, ten typ krejzolki, no i dewotka, która czasem mówiła łaciną (która swoją drogą brzmiała bardziej jak aramejski, czy tam hebrajski, no ale kto by się czepiał). Intrygi uczestniczek show przeplatały się z zadaniami i sesjami zdjęciowymi. I to nie byle jakimi zadaniami, bo matematycznymi – a jak wiemy to ulubiona dziedzina przyszłych modelek. „Ile zajmie mi droga jeśli najpierw pojadę tam, a potem wrócę…” to bez wątpienia zadanie, które najbardziej spodobało się publiczności. No i ci goście ze świata mody. Najwybitniejsi i najpiękniej ubrani. Pokochani przez gdańską widownie. Czym byłby ten występ bez Alanino i jego kilku trafnych metaforro? Czym byłby gdyby nie duet Cinko&Płocha i ich sposoby na zrzucenie paru kilogramów? Za każdym razem jak panowie dodawali swoje pięć groszy do świata mody wykreowanego przez panie – czuliśmy, że tego wieczoru jesteśmy we właściwym miejscu. A potem jeszcze ta nagła ciąża i propozycja pierwszego w historii ślubu trójkącika gejowskiego… Panie (z małą pomocą panów) sprawiły, że zżyliśmy się z wyjątkowo autentycznymi bohaterkami „Quazimody”. Publiczność na pewno chętnie obejrzałaby kolejny odcinek, gdyby tylko wyemitowała go jakaś telewizja. No ale cóż… Może za rok kolejny popis płci pięknej?

Po atrakcjach w Teatrze Miniatura ponownie wydarzenia festiwalowe przeniosły się do klubu festiwalowego. Tym razem duet prowadzących z dnia poprzedniego, czyli Paweł Kukla i Łukasz Ławniczak poprowadzili DKF, czyli Dubbingowy Klub Filmowy. Była to impreza o charakterze dżemowym, w której, zgodnie z nazwą, dubbingowano przygotowane wcześniej przez prowadzących filmiki. Właśnie forma dżemowa umożliwiła udział również improwizatorów, którzy przyjechali oglądać festiwal. Jak to w przypadku dubbingów bywa, pojawiły się sceny śmieszne i dziwne, ale przede wszystkim wciągające. Na tym się skończył dzień drugi. Pozostał jeszcze jeden, ten ostatni…

Relacjonował: Marek Bugdoł

2 Komentarzy

  1. bela

    zapomnieliście wymienić mnie i Anety w składzie Quasimody 🙂

  2. Tadek (Post autora)

    Już poprawiam i przepraszam za ominięcie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *