Improfest 2015 – dzień drugi

12006283_991281920934294_6763213343324012598_nDrugi dzień festiwalu to okazja zobaczenia weteranów improwizacji. Bo jak inaczej nazwać występy grup, które są stałym elementem niemal każdego festiwalu? A oprócz tego co nieco o pęknym przykładzie przyjaźni krakowsko-gdańskiej.

Dzień drugi rozpoczęła trójmiejska grupa Peleton, która po raz kolejny formę swojego spektaklu postanowiła stworzyć na żywo, kierując się tylko i wyłącznie własnymi skojarzeniami. Występ składał się z kilku wątków, które łączyli, mniej lub bardziej, sami bohaterowie. Spektakl rozpoczął się od powrotu Karoliny z dalekiej podróży, która całkowicie odmieniła jej postrzeganie świata. Karolina pracowała również w Eko restauracji, której właścicielką była Gosia. Właścicielka, lekko mówiąc, nie była szanowana na mieście, ze względu na swoje fanatyczne podejście do zdrowego odżywiania. Jak się okazało się, że niepochlebne plotki rozsiewał mąż Gosi (w tej roli Kuba Śliwiński). Najwyraźniej miał już dosyć być bitym z zaskoczenia. Zdecydowanie ulubionym wątkiem publiki stała się historia Hrabiego nieszczęśliwie zakochanego w Karolinie. Pomoc w uzyskaniu kontaktu z ukochaną zaoferował przygłupi sługa (rewelacyjny Wojtek Tremiszewski). Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak wszystkie wątki w zgrabny sposób zostały przez improwizatorów zamknięte, co nie było rzeczą łatwą, zważywszy na to, że niektórzy z nich grali po kilka postaci.

Spektakl rozpoczął się od wyszukiwania intencji we wzroku partnera scenicznego. Było to niezwykle teatralne i klimatyczne. Grupa nie korzystała z pomocy publiczności, występ tworzyła samodzielnie, dlatego pojawiały się głosy, iż na tego typu festiwalu, interakcja z publicznością powinna być znacznie większa (chociażby pytanie o słowo inspiracji). Polemizowałabym z tą opinią. Każdego typu festiwal ma to do siebie, że pokazuje dany rodzaj sztuki od wielu jej stron. Peleton składa się z bardzo doświadczonych improwizatorów, którzy zapewne nie lubią się już w żaden sposób ograniczać na scenie. Moim zdaniem każdy powinien zgodnie ze słowami Młynarskiego – robić swoje. Ciekawa jestem jednak opinii na ten temat.ó

Nadszedł czas na najbardziej kontrowersyjny występ tego wieczoru. Zważywszy na ostatnie aktualności teatralne, możemy odetchnąć z ulgą, że festiwal nie został oprotestowany. Na scenę wkroczyła Improkracja, która po raz kolejny zaskoczyła pomysłem na format. Aktorzy odgrywali, krótkie scenki inspirując się początkowymi scenami filmów dla dorosłych. Sam fakt, oglądania fragmentów tych niewątpliwych „arcydzieł” wzbudził wśród publiczności szum, gwar i lekki rumieniec. Improkracja udowodniła, że potrafi napisać znacznie lepszy i ciekawszy scenariusz. Zobaczyliśmy historię napadniętej dziewczyny, która uznała, iż włamywacz idealnie nadaję się na jej chłopaka, obserwowaliśmy pracowników firmy, w której nikt za nic nie był odpowiedzialny, oraz apokalipsę zombie. Aktorzy po raz kolejny udowodnili, iż są mistrzami w wymyślaniu rewelacyjnych form swoich spektaklów, które idealnie trafiają w festiwalowe gusta. W zeszłym roku Partyturka podbiła moje serce, w tym roku „Improkracja penetruje”. Z niecierpliwością oczekuje przyszłego roku i nowych fantastycznych pomysłów na spektakle!

Następnie odbył się wspólny występ wszystkich grup w formacie „Punkt wyjścia”. Każda z grup przedstawić miała 15 minutowy występ, bazując na stałych elementach. Zatem pierwsza scena każdego występu rozpoczynać miała się w fabryce futer, w spektaklu pojawić się miał aktor, oraz sznurówki. Dodatkowo któryś z bohaterów musiał wypowiedzieć zdanie „Serce ofiaruje, a ręce tylko dają”.

Grupa Ad Hoc, która wystąpiła jako pierwsza, podniosła poprzeczkę wyjątkowo wysoko. Poznaliśmy historię pracownika fabryki futer, Stefana (Michał Ociepa), który nie mógł przejść przez tajemnicze srebrne drzwi, ponieważ przekroczyć je mogły jedynie osoby, które mają minimum 1,70m wzrostu. Jednak Stefan nie poddawał się, kuszony drogą na skróty i chodakami, wolał ciężką pracą zasłużyć sobie na ten zaszczyt. AD Hoców nawet ciężko mi już chwalić, bo to staje się nudne. Są po prostu rewelacyjni i wiem, że każdy występ z ich udziałem będzie czymś wyjątkowym.
Wyjątkowy okazał się również występ Iglu Theater, czyli gości ze Słowenii. Przedstawili historię reżysera, który do swojego filmu postanowił zatrudnić niedźwiedzia. Poza ogromną dawką energii oraz wielkim dystansem do siebie grupa kupiła publiczność wplątając co jakiś czas polskie słówka (”I’m selling pierogi!”). A to, co pokazali panowie, było zaledwie wstępem do tego, co działo się na scenie następnego dnia.
Na uwagę zasługuje również Peleton, który zaskoczył absurdem i mocnym poczuciem humoru („daj pieniążka muzykowi, to niedźwiedź zwariuje”) oraz Musical Improwizowany, który pokazał nam przedsmak swoich niezwykłych umiejętności. Bardzo podobała mi się również historia żony właściciela fabryki, która zabierała wszystkie futra dla siebie (Przyjezdni z Warszawy). A scena wspomnień o ojcu w wykonaniu Improkracji przejdzie do historii („O, nie złapałem, bo nie żyję!”).
Z jednej strony zadanie było proste, bowiem improwizatorzy mieli ustalone konkrety, które mieli wykonać na scenie, z drugiej jednak mieli na to jedynie 15 minut, a w tym czasie ciężko stworzyć sensowną historię, w której na siłę niewciskane byłyby przedstawione przedmioty lub postacie. Każda z grup jednak poradziła sobie z mniejszym lub większym trudem, za co należą im się wielkie gratulacje.

Ostatnim punktem programu był spektakl o nazwie „Podaj Wiosło na Improfeście”. Ogranizatorzy festiwalu „Podaj Wiosło” pożyczyli od organizatorów Improfestu listę gości i zaprosili ich do siebie. W ten sposób w nieco ponad godzinę przeżyliśmy trzy dni festiwalu w Gdańsku. Nad upływem czasu panował Wojtek Tremiszewski, który niemal godzina po godzinie narracyjnie zapowiadał kolejne sceny.

W zasadzie ten punkt programu przeznaczony był najbardziej dla samych improwizatorów, ponieważ pojawiło się mnóstwo tzw. dowcipów hermetycznych, takich jak: „gdzie jest Śliwa?”, „Przeproś piosenką”, „Renault Clio”, czy niema Gosia Różalska. Ad Hoci jak zwykle poradzili sobie znakomicie, parodiując swój własny Wieczór Komedii Improwizowanej („Moja dziewczyna jest jak Ad Hoc mam ją na Wiośle co roku”).

2 Komentarzy

  1. Janek

    „Aktorzy odgrywali, krótkie scenki inspirując się początkowymi scenami filmów dla dorosłych.”

    „Piła”, „ludzka stonoga” czy „siedem” to są filmy dla dorosłych…
    powiedzmy sobie wprost, że ich inspiracją były pornole 🙂

  2. CzarnyKolor

    Myślałem, że Improkracje zjedziesz. Dla mnie właśnie format to kula u nogi. Co z tego, że bardzo dobrze zagrali jak płynność występu kuleje. Oglądając każdą scenę poziom zabawy wyrastał do maksimum i potem tylko opadał. Napięcie w ogóle nie rosło. Trudno było się zaangażować w impro, skoro cała zabawa miała swoje apogeum przed nim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *