Improfest 2014 – dzień trzeci

plakat_ImprofestImprofest 2014 – dzień trzeci

czyli sympatyczny Żbik, efekt Termosa i wielki finał podzielony na trzy części z gościnnym udziałem pewnego opalonego jegomościa. W zestawie: Maryna ze młyna, żarty, żarciki, sauna, prostytucja, urodziny, liczba trzydzieści i krzyż na Giewoncie.

Ż.B.I.K  (Mieszko Minkiewicz, Maciej Bukłaga, Mateusz Sitko, Magdalena Sadowska, Artur Kobus, Michał Zaniewicz. Muzyka: Rafał Pluszczewicz) – s01e01

Zwykle podczas oceny występów jestem ostry jak brzytwa Ockhama i bezkompromisowy jak Michał Mącznik z Tubajfora na swoim blogu (podałbym adres, ale nie dogadaliśmy się co do ceny…), jednak w przypadku białostockiej grupy w pewnym momencie ich występu odpuściłem sobie skrzętne notowanie wszelkich ważnych detali i po prostu dałem się porwać temu, co działo się na scenie i to chyba powinna być najlepsza rekomendacja. Aż żal, że tak rzadko widujemy Żbików poza ich naturalnym środowiskiem artystycznym; ich realizacja odcinka serialu „Embargo” o przygodach murarza-nieudacznika z wyraźnym pociągiem do mężczyzn i piwa Karmi oraz pasterza doktoryzującego się w Instytucie Baranologii, zgłębiającego problem okropieństwa owiec mimo kilku niedociągnięć, „zagotowań” i chwil przestoju była po prostu przyjemna w odbiorze. Najlepiej obserwowało się smaczki, jakie wyciągali występujący z tworzonych przez siebie sytuacji scenicznych: od brawurowego intro, po przedstawienie niełatwej relacji pasterza (Maciek) i jego baraniej trzody, która zaskakująco dobrze opanował ludzką mowę i złośliwość, poprzez rodzące się uczucie między murarzem (Artur) a Maryną ze Młyna (Shakira), aż po zaskakujący twist robotyczno-naukowy i następujący po nim twist zawodowy, który pozwolił przedłużyć ładnie zawiązaną historię bez uczucia nadmiaru. Poza tym absolutnie wszyscy członkowie grupy z Podlasia są bezapelacyjnie sympatyczni i autentyczni, a pozytywne wibracje ze sceny szybko przenoszą się na widownię. Naprawdę, przy następnej okazji postawię im pół litra… albo nie, trochę zbyt wiele, może jedno Karmi wystarczy?

Peleton (Ewa Czernowicz, Karolina Rucińska, Małgorzata Tremiszewska, Jakub Śliwiński, Wojciech Tremiszewski) – Ping-Pong

To miała być zwykła, zwięzła recenzja. Ot, prosta historia: piątka ludzi spotyka się w saunie, jest gorąco, ciasno i parno, a zaraz potem robi się porno, pojawiają się prostytutki, strażacy, pracownice korpo i wszelkie pomniejsze postaci. Po serii dogryzanek i śmiesznostek następuje rozwiązanie zagadki wspólnej obecności wszystkich osób w jednym pomieszczeniu, dziękujemy, kurtyna (metaforyczna). Było przy tym wulgarnie, ale hej! Przecież pamiętamy ubiegłoroczny występ pomorzan na Improfeście, jeśli ktoś przeżył tamtą dawkę obsceny ze sceny, spokojnie mógł sobie poradzić mentalnie z tym, co działo się w tym roku. I właściwie dostaliśmy to, co w poprzedniej edycji, tylko jeszcze mocniej, jeszcze dobitniej, momentami jeszcze zabawniej: doskonałe zrozumienie, warsztat aktorski i świadomość sceny, błyskawiczne przechodzenie do retrospekcji i zabawę chronologią, próby wzajemnego „wkopywania” się w niewygodne zadania sceniczne i jeszcze lepsze próby wybrnięcia z tychże, wreszcie błyskotliwe wiązanie ze sobą wątków, które na pierwszy rzut oka trudno byłoby powiązać z czymkolwiek. Ale te wszystkie miazmaty i drobnostki nikną przy zagadnieniu tremiszewizacji sceny, zwanej także efektem Termosa. Człowiek, którego określiłem rok temu mianem „improwizacyjnej bomby nuklearnej”, jest nie tylko kradziejem jakiegokolwiek wątku przewijającego się w spektaklu, jest nie tylko taranem, który tylko dzięki swojej łaskawości nie rozbija wszystkiego, co można rozbić w wątłej konstrukcji improwizowanej sztuki, nie tylko przesłania swoim jestestwem to, co można przesłonić na scenie… Chętnie określiłbym dosadnie, co takiego czyni Termos polskiej improwizacji jako jej osobne, fascynujące zjawisko i enfant terrible jednocześnie, ale ten tekst mogą czytać osoby poniżej 21 roku życia…* Może dodajmy tylko, że ww. tremiszewizacja skutkuje także częściowym lub całkowitym dostosowaniem się pozostałych osób biorących udział w występie do poziomu wyznaczonego przez Neptuna polskiego impro, dziabającego swoim trójzębem granice humoru. Ale skoro publika się śmiała? A ja także?

Wielki Finał (Aneta Stokes, Janek Malinowski, Aneta Dobrowolska, Jagoda Ptaszyńska, Mateusz Płocha, Tomasz Marcinko, Maciej Bukłaga, Mateusz Sitko, Małgorzata i Wojciech Tremiszewscy, Abelard Giza)

Zawsze smutno jest się żegnać, dlatego organizatorzy zadbali o to, żeby ostatni występ IV Improfestu zawierał to wszystko, co nas cieszyło przez ostatnie trzy dni, byśmy jak najdłużej zachowali w pamięci the best of czwartej edycji festiwalu. Innymi słowy, występ podzielono na trzy części, w pierwszej z nich grano w tzw. szorty, druga z nich była longplayem inspirowanym liczbą 30 i krótkim monologiem gościa specjalnego, czyli Abelarda Gizy na powyższy temat i w końcu dłuższa formą improwizowaną, historią młodego marynarza marzącego o wyprawie na Giewont i jednocześnie lękającego się krzyża znajdującego na szczycie tej góry.

Pierwsza tercja wieczoru rozkręcała się dość powoli, przez wariację Frizów pt. Postać zostaje i Mniej Więcej inspirowane zabawami w wannie, dzięki której to grze fani improwizacji zgromadzeni w Rotundzie mieli okazję (niektórzy może nawet przyjemność?) zobaczyć nagi tors Wojciecha Tremiszewskiego. Sporo radości było przy Replay’u w Ciemno, w którym Abelard Giza i Aneta Stokes próbowali z większym lub mniejszym powodzeniem odtworzyć przebieg sceny czyszczenia czoła szczotką… do toalety, nie wspominając o damskim pojedynku w Piosence na życzenie i kilku udanych grepsach w Moja Dziewczyna Jest Jak…

Po tych nieśmiałych umizgach z muzą komedii nastąpiła przejście do drugiej bazy, czyli wspomniany longplay, gdzie pomysłowością wykazywali się zwłaszcza Improkraci oraz para Tremiszewski-Giza, nieustannie dogryzająca sobie przez cały wieczór. Można powiedzieć, że ta rywalizacja była jednym z motorów napędowych finału festiwalu i bardzo dobrze! Śmiechu było momentami co niemiara, zwłaszcza przy „palestyńskim dziecku”, a także podczas prezentowania party dla weteranów wojennych i rozterek najsłynniejszego trzydziestolatka w historii świata, czyli Jezusa.

I wreszcie historia człowieka morza tęskniącego do gór. Tu można było delikatnie kręcić nosem, że punkt kulminacyjny został osiągnięty zbyt szybko, przez co wydawało się, że dobrze zapowiadająca się historia została nagle ucięta, ale koniec końców nie było przecież źle. Ciekawa była relacja między rodzicami głównego bohatera a nim samym (Tomasz Marcinko, stłamszonego ciężarem brzemienia krzyża życia… ale uroczo, jakkolwiek to nie zabrzmi), jak i wyprawa w Tatry wraz z niezawodnymi kolegami, a także wątek zakonnicy z klasztoru klarysek i wyruszającego na ekspedycję zawodowej kariery psychologa (dzięki któremu w fabułę wkradł się element muzyczny), poza tym nie zapomnijmy o Mateuszu Sitku jako bacy, który nie da Abelardowi sobie w kaszę dmuchać i owiec obrażać.

Cóż, przyjemne chwile upływają stanowczo zbyt szybko! Festiwal zwieńczyło wykonanie hitu „Wesoła kaszanka”, w którym główną rolę odegrał Śliwa, nieustannie pracujący na imprezę sygnowaną własnym nazwiskiem 🙂 Do następnego razu!

Relacjonował: Michał Kaczmarczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *