Improfest 2014 – dzień pierwszy

plakat_ImprofestPierwszy dzień Improfestu, czyli rodzinne Krakusy, uroczy sekstet z Bydgoszczy i Ad Hoc tworzący się wciąż na nowo. W zestawie: pszczoły, prokreacja, nożyce i #cycki

Ruszyli, już pędzą, lecą! Demony intelektu, giganci umysłów, szermierze na riposty i oferty, władcy doznań gawiedzi licznie gromadzącej się w sali Rotundy, zwierzęta sceniczne pełne pasji, emocji i chęci wspaniałej zabawy! I to nie tylko z Polski, w końcu tegoroczna edycja krakowskiego Improfestu jest dumnie mianowana międzynarodową: kaganek intrygującej improoświaty niosą przyjaciele ze Szwajcarii i Czech, którzy, gdy wrócą już do swoich ojczyzn po dniach występów i warsztatów w Królewskim Mieście, będą mogli ogłosić na swoich ziemiach, że Polacy nie gęsi! Własne impro mają i jest ono przedniej jakości!

Ale już dość pompatycznych wstępów i przystawek, czas na mięso, czyli samą akcję.

SO CLOSE I TUBAFOR – JA CIĘ IMPRO, A TY ŚPISZ (Mateusz Dzidkowski , Kamila Jamróz , Aleksandra Maczel, Wanda Pietrzak, Monika Karcz, Aleksandra Jarzmik, Anna Witek, Paweł Tworek, Michał Iwanicki, Ewa Górecka, Maciej Demczyński oraz Anna „Bubu” Dawidczyk, Magdalena Kędzior, Mikołaj Barbarski, Michał Leja, Michał Mącznik, Karol Paszkowski, Wojtek Pięta, Patryk „Patrosek” Trela)

Połączone siły dwóch grup współtworzących od pewnego czasu krakowską scenę impro zaprezentowały format zbliżony do tego, z jakim mieliśmy okazję zetknąć się podczas zeszłorocznej edycji festiwalu, czyli w dużym skrócie: formowanie się uczestników w „rodzinę” ze ściśle określoną liczbą, rolą, statusem i charakterystyką jej członków. I na tym podobieństwa w zasadzie się kończyły: tragikomiczna saga rodzinna została podzielona na cztery akty, w pierwszym z nich gracze z So Close w seriach krótkich gier (Zmiana, Borys, Pstryk, Oskarowa Rola, Ekspert z rękami) poza tym, że bawili publiczność, podrzucali Tubajforom pomysły na wątki, które mogły zostać przez nich rozwinięte w drugim akcie, podchodzącym pod dłuższą, bardziej zwartą formę. Zwieńczeniem tej części spektaklu było zapadniecie w śpiączkę postaci Żony, której marzenia i koszmary senne były treścią części trzeciej (w której sceną znów zawładnęli So Close), natomiast Grande finale i zwieńczenie historii w przestrzeni szpitalnej przypadło, dla równowagi, grupie Tubajfor.

Format został stworzony specjalnie na festiwal i oglądając wyczyny improwizatorów, widać było wyraźnie, że nie jest on do końca ograny, nie zmienia to jednak faktu, że wrażenia były pozytywne. Intrygującym doświadczeniem było obserwowanie, jak luźne pomysły rzucane w pierwszej części jak kupowanie czerwonych sukienek, czeska przeszłość seniora rodu, informatyczno-sznurówkowy biznes ojca lub niezwykle wyrazisty wątek miłości do pszczół są twórczo rozwijane fabularnie przez drugą krakowską grupę. Pozornie niespójne wątki każdego z członków cudacznej rodziny fanów pszczół, sznurówek, obnażania się w Internecie i chuliganów zostały przemyślnie powiązane w zajmująca historię, której kojącym i szczęśliwym zakończeniem okazała się perspektywa regularnego pokazywania biustu przez kobiety.

Generalnie mieliśmy okazję doświadczyć całego spektrum zła, które nas dzisiaj otacza: ludzkiej nienawiści i przemocy, kazirodztwa, internetowej pornografii, nadopiekuńczych rodziców, nieposłusznych dzieci, złośliwych dziadków, pszczelarstwa stosowanego… Całe szczęście, że w przestrzeni teatralnej powyższe zjawiska są faktycznie zabawne! Aha, jako że trzeba dbać o popularność tekstu, do swojego dodam #cycki. Popularność skacze o trylion procent. Uwierzcie. Niektórzy mają dzięki temu 1000 followersów! Łał, prawie cały świat!

Luźna uwaga: Michał Leja stracił prawdopodobnie najbliższą okazję na zostanie ojcem chrzestnym. Kto widział, ten wie!

WYMYWAMMY – MIKSER (Katarzyna Chmara, Alicja Dobrowolna, Małgorzata Musialik, Katarzyna Karwowska, Jagoda Ptaszyńska, Agnieszka Szałkowska)

Kipiący testoste… estroge… po prostu energią sekstet z Bydgoszczy nie boi się wyzwań i nagłych zmian, co udowodnił, wystawiając Mikser, czyli dłuższą historię, w której przebieg same uczestniczki narzucały sobie krótkie formy jak choćby Tylko Pytania i Frizy, wplatając do tego piosenki. Opowieść, której słowem-kluczem były nożyce, rozgrywała się na wiele przestrzeniach, wśród których najczęściej przewijało się mieszkanie, w którym rządził bezlitosny grafik przewidujący udawanie szympansów, studio hitowego programu „Zerwane Uwięzi” z niemożliwą do werbalnego zatrzymania (jagodą) jako prezenterką ze zboczeniem zawodowym, poradnia psychologiczna, a nawet… Afryka, ale jedynie jako element retrospekcji.

Po występie pozostał niedosyt – czemu tak krótko? Kobieca rywalizacja o własne metry kwadratowe, szukanie własnej tożsamości po afrykańskich przygodach, w której jedna z bohaterek o mały włos nie straciła życia, nie zdążyła nabrać właściwego rozpędu, niezbyt pewnie wybrzmiała na scenie Rotundy, a szkoda, bo członkinie bydgoskiej grupy nieraz potwierdzały swoją kreatywność, skazując się na sceny prezentującej jedynie myśli bohaterek czy śpiewanie numerów rodem z musicali. Była szczypta absurdu, szczypta poezji, szczypta slapsticku… Ale właśnie, mowa tylko o szczypcie. Mam nadzieję, że gdy następnym razem przyjdzie mi zobaczyć Wymywammy w akcji, tych szczypt będzie więcej. W co nie wątpię, bo te grupę stać na wiele, a kobieca intuicja w świecie impro jest zjawiskiem arcyciekawym.

AD HOC – RESTART (Aneta Stokes, Alan Pakosz, Michał Próchniewicz, Janek Malinowski, Michał Ociepa, Karol Bulski)

I jeszcze jeden i jeszcze raz? Ile można grać na różne sposoby scenę, w której głównym tematem są małżeńskie sprzeczki związane ze słowem „prokreacja”, które dla przeciętnego widza może wydawać się kopalną żartów, natomiast dla występującego zwykle męką jest taka eksploatacja tego zagadnienia, by szybko nie popaść w wulgarność i powtarzalność. A tutaj się udało! Stare krakusy (i mowa tylko o okresie działalności grupy!) udowodniły swoją klasę, tworząc kilkanaście scenek, po których następowała zwykle burza oklasków, wyrażających podziw dla błyskotliwości, refleksu i zgrania tej formacji.

Okazało się, jak ważne są zakłady o męską rację, że można zrobić dochodowy biznes na czarnej farbie do skóry, maturzysta przygotowany z polskiego przez boleśnie działającą maszynę potrafi zmiażdżyć intelektualnie egzaminatorkę, a niesforny językoznawca układający hasła słownikowe może zaburzyć sposób myślenia narodu, doprowadzając go niemal do zgonu ze śmiechu na dźwięk słowa „mumifikacja”. Sceny były dłuższe lub krótsze, mniej lub bardziej rozbudowane, wreszcie po prostu bardziej lub mniej udane, ale przede wszystkim liczyła się sprawność, z jaką improwizatorzy wychodzili od bazowej wymiany zdań ze scenki wzorcowej i tworzyli kolejne, alternatywne wersje tej samej opowieści, a te podążały w kierunkach, a jakich się nie śniło nawet sąsiadom o bujnym życiu erotycznym, miłośnikom czteroosobowej wersji gry w łapki czy woźnym oświecającym umysły uczniów szkoły podstawowej.

I jak nie wyróżnić w tym miejscu fenomenalnie dysponowanych tego dnia Jeffrey;a Ociepy i Michała Próchniewicza? Nijak się nie da! Były przeskoki chronologiczne, interakcja z publicznością, męski dyszkant, a nawet tango i piosenka finałowa o karle w szafie grającej. Jestem na tak!

A po 22 widownia festiwalowa zgromadziła się w dolnej Sali klubowej Rotundy na Dyktaturce pomysłu Improkracji, a wykonania… intergrupowego. Format prosty, a zarazem perspektywiczny: jeden z improwizatorów samozwańczo obejmuję funkcję dyktatora sceny, który zmusza kolegów i koleżanki po fachu do wychodzenia na scenę i tańczenia na niej tak, jak on im na to pozwoli lub jak swoim bezwolnym kukiełkom rozkaże. I wyszło to fantastycznie, nie pisze tylko o ostatniej scenie dyrygowanej przez Geralda Webera, w której piątka pań i obłędnie dobry Kuba Śliwiński stworzyli zaśpiewany po angielsku musical klasy wszechświatowej. Pięknie było spoglądać na okrucieństwo „dyktatorów”, którzy zmuszali występujących do wygibasów fizycznych i umysłowych będących urzeczywistnieniem wytworów tej ciemniejszej strony wyobraźni, a następnie na realizację tych pomysłów na scenie, której poziom stał na zachwycająco wysokim poziomie. Każda z osób, która współtworzyła ten późnowieczorny spektakl, może być dumna z tego faktu. A następnie potańczyć do Donatana i Cleo, czemu nie? Zaś po wszystkim słychać było tylko śmiechy, toasty i brzęk szkła z baru obok… A najlepsze dopiero przed nami!

Relacjonował: Michał Kaczmarczyk

1 Komentarz

  1. KRSnet

    Ja osobiście jestem fanem stand-up’u made in USA. Jednak to co robił George Carlin ciągle zasługuję na uznanie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *