Improfest 2014 – dzień drugi

plakat_ImprofestIV Improfest – dzień drugi

Czyli: szwajcarski duet, boskie prześcieradło, kozacy zaporoscy, muzyczna frajda, najarany Władimir Putin oraz szuwary.

„Zak & Sara” – Simone Schwegler, Gerald Weber (Szwajcaria)

Podczas długiego wprowadzenia do samego spektaklu, w którym wydarzyło się więcej rzeczy niż w większości godzinnych form improwizowanych (by tylko wspomnieć próbę uprowadzenia pani fotograf lub kreację dziewczyny z pudełka), a seria błyskających świateł i muzyka dodatkowo nakręcały zarówno występujących, jak i widzów do boju, można było mieć wrażenie, że będzie to najbardziej energetyczny występ na festiwalu. I kto wie, czy takim faktycznie nie był, choć przecież w godzinnym spektaklu gości ze Szwajcarii nie brakowało pauz, ciszy i chwil zastanowienia nad kierunkiem sceny. Simone i Gerald odgrywali rolę dwójki bliskich przyjaciół, których historia przeplatała się z mocno absurdalnymi scenami (jak na przykład rozmowa syreny z karłem lub pełen emocji dialog z Bogiem, który „dużo bardziej woli kraje od ludzi i w sumie lubi wojny”, poza tym nie zapominajmy przy okazji historii pewnego linoskoczka, że „Russians accept authority!”) i oczywiście, nie brakowało śmiechu, zachwytów nad swobodą wykonawczą aktorów, ich pomysłami na wykorzystanie sceny i scenografii; czuło się pozytywną energię bijącą z poczynań artystów i frajdę z samego zmagania się z ryzykiem improwizacji, nawet słabsze oferty były wykorzystywanie w stu procentach, co cieszyło widownię.

Ale przede wszystkim potwierdziło się po raz kolejny, że najlepsza komedia opiera się na prawdziwym życiu i zrozumieniu cierpienia, a używając mniej dosadnych określeń, z czyjejś krzywdy i aktualnych trosk. Wystarczyło jedno tekturowe pudło i kilka rozmów o kotach i self-helpowych poradnikach, by przedstawić autentyczne lęki, jakie przeżywają ludzie przekraczający 30. rok życia, dokonujący rozliczenia z przeszłością i dotychczasowymi dokonaniami, poza tym nie brakowało momentów wzruszenia podczas śledzenia wzlotów i upadków silnej relacji wiążącej Zaka i Sarę, w której do końca nie można było być pewnym „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie”, tak dobrze było to przedstawione. I co ciekawe, te wszystkie poważne rozważania były opakowane z lekką i łatwo przyswajalną formę, przy której trudno było o brak uśmiechu, dzięki czemu komedia po raz kolejny spełniła swoją najważniejszą rolę, czyli oswojenie i przełamanie trudów, które przynosi nam życie. I właśnie za tę dawkę przeżyć chciałbym podziękować zagranicznym gościom klasycznym: Danke schoen! 🙂

 

Improkracja (Dobrosława Bela, Joanna Jóskowiak, Anka Wojtkowiak – Williams, Michał Gruz, Artur Jóskowiak, Krzysztof Ryś, Tomasz Marcinko, Mateusz Płocha, Mateusz Skulimowski) – Partyturka

Na pewno byliście kiedyś na imprezie, na której gromada znawców muzyki tłoczy się przy laptopie, by włączyć na Youtubie swój ulubiony kawałek z przekonaniem, że jest to najlepsza muzyka świata i z pewnością wszystkim gościom się ona spodoba, a dzięki temu wszyscy będziecie się świetnie bawić! Nie muszę chyba tłumaczyć, że zwykle kończy się to towarzyską klęską, ale na szczęście gdy do playlisty dobierają się Improkraci, nie ma miejsca na nudę! Uściślijmy: o playlistę godzinnej rozrywki w wykonaniu wrocławskiej grupy zadbali sami widzowie, którzy wcześniej podesłali im przeróżnymi kanałami muzykę, która miała być inspiracją do scenek przedstawianych przez Improkratów w Rotundzie.

Efekt w pełni zgadzał się z oczekiwaniami: odziani w muzyczne t-shirty (pozdrawiamy w tym momencie pewną fankę One Direction!) goście z Dolnego Śląska sprawili, że publika niemal co chwila śmiała się w głos, podziwiając zmagania umysłu z muzyką i tworzone na poczekaniu scenki ilustrujące zasłyszane utwory, wśród których znalazły się zarówno kompozycje Marka Grechuty, jak i piosenki z kreskówki Adventure Time. Okazało się, że muzyka może być inspiracją do niekonwencjonalnej walki z bólem pleców, potyczki modowego policjanta z pozbawioną gustu progeniturą, dialogu z restauracji dla twardzieli, przedstawienia nowych sposobów radzenia sobie z gapowiczami z PKP oraz kapitalnego ogrania konwencji sitcomu. Mało tego, biegli w językach ludzi i aniołów wrocławianie przedstawili kilka scenek po angielsku specjalnie dla gości z zagranicy! Dostaliśmy to, czego można było się spodziewać po tej grupie: refleks i przezabawne puenty, doskonałą współpracą grupową i efekty dźwiękowe własnego autorstwa na najwyższym poziomie. Na tej imprezie wszyscy dobrze się bawili, zarówno występujący, jak i widzowie – czego chcieć więcej?

 

„Czech Impro All Stars” vs „Gwiazdy Polskiego Impro” – impro mecz Czechy – Polska –

(Martin Vasquez, Simona Trávníčková, Josef Zachar, Lukáš Venclík vs Aneta Stokes, Katarzyna Chmara, Mateusz Płocha, Jakub Śliwiński, Mieszko Minkiewicz)

Uwaga: ten fragment relacji będzie zawierał tekst pseudoangielski i pseudoczeski, co wrażliwsi czytelnicy mogą… powinni go ominąć!

Panie i panowie, damy a panove, ladies and gentlemen! Emocje przed finałem drugiego dnia festiwalu, czyli pierwszym międzynarodowym meczem impro na ziemi polskiej sięgały zenitu, a co najmniej baru obok głównej sceny Rotundy. Jeżeli same zmagania artystów miało oceniać 15 arbitrów z tak tajemniczych krain jak Kenia, Mali, Armenia czy Ostrowiec Świętokrzyski, to wiadomo, że nie mówimy o byle jakim występie, a o evencie na najwyższym poziomie! Zupełnie jak nienaganna angielszczyzna prowadzącego, ale przejdźmy już do samego meczu. Ewentualnie zapytajcie Alana Pakosza o wyjaśnienie po angielsku zasad gry 4-3-2-1, na pewno bardzo się ucieszy!

The competition started with crowd’s shouting „3,2,1, sausage!” and non-rated game Freeze for all contestants. Guests from Czech Republic were quite stressed at the beginning of rivalry and it was hard to work out, if the reason was stage-fright, language barrier or the atmosphere of foreign, not well-known country. Event that Polish improvisators started match with louder applause of audience, first rated game was won by guestes by Czech people! Main factor of their victory in Film and Theatre Styles, which action took place in slaughterhouse, was Martin and his reckless performance as a pig in style of musical, horror, western and cartoon.

Polacky vyrovnali stan vojovania w nastupnej gierce, a to byly Tolka Pytanka, gde Aneta Stokesova kasovala ze scenko kazdeho rivala z ceskeho All Stara cekavymi a rychlymi odpowedami, nievazne, gde to jsem dzialo: w kindergartenie, pokoiu do kimania, amerykanovym saloonie pokud kvadrate dla belferov. A potem przyszedł najjaśniejszy moment całego meczu, czyli polscy dziwni goście i czeska Randka w Ciemno. Jestem pewny, że kreacja Śliwy jako nieśmiałego Batmana przejdzie do historii festiwalu jako dowód na to, że nie potrzeba wychodzić na scenę, by zupełnie „skraść” publikę i wywołać salwy śmiechu, zaś Josef popisowo przedstawił postać zabawnego i spalonego ziołem Władimira Putina, który swojej wybrance najchętniej podarowałby Stany Zjednoczone Ameryki. Minimalnie w tej konkurencji triumowali Polacy, ale najważniejsze było to, że właśnie od tego momentu tempo spotkania przyspieszyło na dobre.

After another not-rated game, which was Something Else about peanut butter and crisis between woman and her overweight daughter, it was a time to games 1-2-3-4 and 4-3-2-1, which I can explain… erm… yeah… so… ok, Alan, I understand, with what you were struggling. Anyway, it was very funny to watch Czech actors, who created their own version of 4-3-2-1, but eves some technical flaws couldn’t prevent crowd form laughing during scene about bungee jumping and ropes company. Polish scene, started and ended with cucumber, was more consistent and won deservedly. That caused leading of host’s team 3:1 and the result didn’t changed after game World’s Worst, which was another not-rated competition. We got to know after it, what we shouldn’t say during Improfest („Podaj Wiosło is the best” and so on).

A potem prisla pogryvka Dvuhlovy Expert, gde Kuba Slivovica i jeho kompan Lukas rekali vela inteligenticeskich stanovisk a stuce laski, jak to je w Polsce „miłości”. Oj, vela oni rekali, i to jeno po jednym slovicku kazden jeden! Oba improvizatory zahrali dobre a klavo i oba punktiki otrimali. A potem obe grupky davaly sobe gerki do wyhrania navzajem i o ile Cislo Slovicek dla Polackov na temat „Sześć stop” trudne ne było, bo u vsech improvisatorov jest znalost matematicki navet do desati, tak revanz Polakov był strasny i hrozny jak Termos w sklepicku calodobovym: Slivovica zrobil czeskim holkom i klukom Rozperdel Slivy i Dyktaturke w jednim, prez co po raz prvy w historii sveta Czech krical: „God will help us”! Ta rundka była wyhrana przez Czechov, a vlastive przez Slivovice, ale ne budemy o tem rozpravat!

Ciekawą innowacją była gra Language Swap, w której Polacy musieli wykonać scenkę w swojej wariacji mowy Czechów, natomiast Czesi mieli naśladować polski. I tu znów lepsi okazali się goście, których wariacje na temat szuwarów okazały się zabawniejsze od polskiego ogrania słowa „setacka”, choć pointa w wykonaniu Mieszka Minkiewicza była wybitna w każdym calu. Remis! A tu jeszcze został Barman, w którym gościnny udział wzięła Simone Schwegler w tytułowej roli! W nim przepiękny występ dała Simona, której głos mógłby zburzyć Mur Berliński i warszawski Pałac Kultury, Śliwa po raz kolejny udowodnił, że genialne rymuje w mowie Szekspira, ale wydarzeniem była brawurowe wykonanie punkowego manifestu „I can’t speak English” przez Katarzynę Chmarę z Wymywammy.

Chwila niepewności, owacje widowni, liczenie głosów sędziów… I ostatecznie uznano, że końcowy rezultat to remis 4:4! Obu ekipom należą się gratulacje za cały wieczór i mamy nadzieję, że to nie pierwsza taka inicjatywa sceniczna w Polsce.

 

A o 23 Rotunda zmieniła się w Dom Strachów, zaś w jej wnętrzu panowało niepodzielnie Psycho Impro! Wrzaski, piski, krzyki i płacze potępionych nie odstraszyły śmiałków, którzy odważyli się przejść przez 11 stacji Impro Drogi Krzyżowej i przekonać się, jakie horrendalne atrakcje przygotowali dla nich goście Festiwalu. I chętnie bym opowiedział o nich, ale podczas swojej wędrówki zostałem zarażony wirusem, który uczynił ze mnie zombie atakującego Bogu ducha winnego Zubiego Lecha… Jak w znanym i zbereźnym dowcipie – było śmieszno i straszno!

Relacjonował: Michał Kaczmarczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *